Poznaj Franczyzobiorcę Trenera | Joanna Matroszyło-Derech: „Jedno pytanie potrafi zmienić więcej niż sto odpowiedzi”
Sukces w biznesie najłatwiej budować, ucząc się od najlepszych praktyków. Franczyzobiorcy Trenerzy to osoby, które z sukcesem prowadzą własne sklepy i dzielą się swoim bezcennym, codziennym doświadczeniem z nowymi kandydatami. Uczą biznesu „na żywo”, bazując na realnych wyzwaniach i sprawdzonych rutynach. W naszym cyklu wywiadów oddajemy im głos, by pokazali tę wyjątkową rolę ze swojej perspektywy. W dzisiejszym artykule rozmawiamy z Joanną Matroszyło-Derech, która prowadzi swój sklep w Gdyni. Z naszej rozmowy dowiecie się m.in. dlaczego uważa, że na początku szkolenia „największym problemem jest głowa”, jak radzi sobie z trudnym dopasowaniem charakterów oraz dlaczego dobry trener nie powinien narzucać kandydatom własnego stylu zarządzania. Zapraszamy do lektury!
Co Twoim zdaniem najbardziej wyróżnia Franczyzobiorców Trenerów na tle innych franczyzobiorców?
Joanna Matroszyło-Derech (franczyzobiorczyni z Gdyni): to bardzo podchwytliwe pytanie, wbrew pozorom. Większość osób pewnie pomyśli, że trener lubi pomagać i uczyć. I tak zapewne jest. Brzmi poprawnie, ale kompletnie nie zostaje w pamięci. Myślę, że franczyzobiorcy trenerzy mają jedną zawodową przypadłość. Trudno im przejść obok problemu obojętnie. Kiedy inni widzą przeszkody, trenerzy zastanawiają się, co spowodowało, że one w ogóle się pojawiły, i jak sprawić, żeby następnym razem już ich nie było. Przez tę cechę trener nie potrafi patrzeć powierzchownie. Analizuje, dopytuje, ale też dzięki temu potrafi zarazić innych ciekawością i umiejętnością zadawania pytań. I chyba tym właśnie się różnimy. Nie tym, że wiemy więcej, ale tym, że nie przestajemy chcieć się rozwijać i nie przestajemy być ciekawi.
Co było Twoim głównym impulsem, żeby wejść w rolę Trenera i wziąć na siebie dodatkową odpowiedzialność?
J.M.-D.: Fascynuje mnie moment, w którym dzięki jednemu dobrze zadanemu pytaniu ktoś znajduje własną odpowiedź. Lubię patrzeć, jak ludzie się rozwijają. Zaczynają podejmować decyzje. Jak uruchamia się w nich potrzeba zdobywania wiedzy i nowych umiejętności. Satysfakcjonująca jest świadomość, że pomogłam zbudować w człowieku samodzielność. Bo trener nie zawsze ma wpływ na to, jak wypadnie szkolenie. Odpowiada jednak za to, co w kandydacie zostanie, kiedy szkolenie się skończy. Paradoksalnie właśnie wtedy, kiedy człowiek przestaje mnie potrzebować, wiem, że wykonałam dobrze swoją pracę. To ciekawość ludzi i ich zachowań była dla mnie kluczową motywacją.
Co najczęściej pokazujesz kandydatowi w pierwszych dniach, żeby dobrze wystartował i zrzucił z siebie początkowy stres?
J.M.-D.: Największym problemem na początku jest… głowa. Zawsze powtarzam, że błędy nie są przeciwieństwem rozwoju. Nie oczekuję perfekcji. Nie zaczynam od pokazywania procedur czy dyktowania mnóstwa definicji. Najpierw staram się zdjąć z człowieka przekonanie, że od pierwszego dnia musi wiedzieć wszystko. Oczekuję ciekawości i zaangażowania. Reszta przyjdzie z czasem. Staram się od pierwszej godziny budować dobrą relację między nami. Myślę, że największy spokój daje ludziom świadomość, że nie są oceniani za to, czego jeszcze nie potrafią. Powinni czuć się wspierani w tym, czego dopiero się uczą. I właśnie od tego, moim zdaniem, zaczyna się dobry start. Od stworzenia przestrzeni do otwartości.
Czy pamiętasz sytuację, w której szkolenie było naprawdę trudne – i co jako Trener z niej wyniosłaś?
J.M.-D.: Trudne szkolenie? To zależy. Dla jednych trudny może być uczestnik. Kiedyś sądziłam, że trudne szkolenie to takie, po którym trener marzy już tylko o kawie i ciszy. Dziś wiem, że trudne to takie, które zmusza do zmiany… przede wszystkim trenera. Życie bardzo szybko weryfikuje plany. Uczy pokory. A pokora jest jedną z nielicznych rzeczy, których nie da się wyczytać z podręcznika. Na szczęście. Nie wierzę w trudnych ludzi, ale wierzę w trudne dopasowanie. I kiedyś miałam okazję przekonać się o tym bardzo boleśnie, a jednocześnie pięknie.
Anita to jeden z przykładów, chociaż przez lata było ich wiele. Schematy nie były jej ulubionym… nazwijmy to językiem. Ja, przyzwyczajona do szybkiego tempa, po cichu zaczynałam tracić cierpliwość. Wielokrotne powtórki, długie notatki… Miałam wrażenie, że mówię w próżnię. I wtedy dotarło do mnie coś ważnego. Problem nie polegał na tym, że Anita uczyła się wolniej. Problem polegał na tym, że ja próbowałam uczyć ją wyłącznie po swojemu. Pomyślałam wtedy… a może zamiast zmieniać ją na siłę, po prostu ją… polubię?
Brzmi to mało szkoleniowo, wiem. Od tego momentu wszystko jednak zaczęło się zmieniać. Kiedy przestałam skupiać się na różnicach, wszystko zaczęło się układać. Zaczęłam dostrzegać wspaniałego człowieka. Dziś Anita jest już od kilku lat nie tylko świetną franczyzobiorczynią. Jest moją przyjaciółką. I jeśli czegoś to szkolenie mnie nauczyło, to tego, że trener nie powinien mieć ulubionego stylu uczenia. Powinien mieć otwartą głowę i serce. Bo czasem największą lekcję wynosi nie uczestnik, ale właśnie trener.
Co było dla Ciebie największym wyzwaniem od momentu, kiedy zaczęłaś pełnić tę rolę?
J.M.-D.: Tu również postaram się uniknąć oczywistości. Nie powiem: duża odpowiedzialność, pogodzenie obowiązków, zarządzanie czasem. Tego wszystkiego można się nauczyć, można to wypracować. To, wbrew pozorom, świetne wyzwania. Na początku miałam taką pokusę, żeby szkolić ludzi podobnych do siebie. Szukać jednego, najlepszego sposobu działania. Z czasem zrozumiałam, że dobry trener nie wychowuje ludzi, ale uczy ich odnajdywać własny sposób prowadzenia biznesu.
To wymagało ode mnie zmiany sposobu myślenia. Mniej oceniania przez pryzmat: „ja zrobiłabym to tak”, a więcej ciekawości: „pokaż mi, dlaczego ty robisz to inaczej”. Największym wyzwaniem było nauczyć się, że skuteczność ma wiele twarzy. I to jedna z najcenniejszych lekcji, jakie dała mi ta rola. Największe wyzwanie nie było więc organizacyjne, tylko mentalne.